Maz chodzil po pokoju, szarpiac wlosy na glowie obiema rekami. - Na pokaz, na pokaz... - pomrukiwal. - Co? Na pokaz...? Czekaj, dlaczego na pokaz? - Coraz bardziej mi sie wydaje, ze to nie dla ciebie i dla mnie ta maskarada, tylko dla kogos innego. Na co on ci kladl nacisk? zeby jezdzic razem do Ziemianskiego i zebys sie wyglupial w samochodzie. Cos robil w lodzi? - Nic, zlozylem zamowienie na tafte. Moglem wyslac poczta, ale kazal mi jechac i poogladac... - No widzisz. A mnie kazali latac na spacery. I robic zakupy. Ktos musial nas widziec... - Zagladal ci kto w zeby na tych spacerach? - Nie wiem. Ale debil mi patrzyl na rece... A za kazdym razem, jak jechalismy do Ziemianskiego, ktos tam sie petal. Raz taksowka z pijakiem, raz facet na motorze... Maz zatrzymal sie przy stole, wypil resztke kawy, popatrzyl na mnie roztargnionym wzrokiem i znow zaczal chodzic. - Owszem, w tym cos jest - przyznal. - Na pokaz, mozliwe, zeby wszyscy mysleli, ze jestesmy w domu. Ale to nie to, to jeszcze nie to... Tys przedtem powiedziala cos waznego i tak mi jakos zaswitalo... Nie pamietasz, co powiedzialas? - Rozmaite rzeczy. Najbardziej mnie niepokoi to, ze ukryli wzajemne powiazania... - Czekaj, czekaj... wlasnie, ze stanowia jedna spolke... Nie, nie to. Ulokowali tu nas zamiast siebie... O, wlasnie! Wladowali tu nas zamiast siebie, podstepnie i pod falszywymi pozorami! Po jaka cholere? Ten dom ma wyleciec w powietrze, czy jak? Nagla jasnosc eksplodowala mi w umysle. Zrobilo mi sie zimno w srodku i cos mnie zaczelo dlawic. - Gdzie jest paczka dla kacyka? - spytalam gwaltownie. Maz zatrzymal sie jak wryty, spojrzal na mnie i znieruchomial z pazurami we wlosach. - Lezy w moim pokoju. Bo co...? - Oni przeciez wiedzieli, ze jej nigdzie nie zaniesiemy, prawda? Zostawimy w domu. A jezeli w tej paczce jest cos... Nie mowie zaraz bomba, ale cos szkodliwego... O rany boskie, czy ja wiem, wydziela cos, promieniuje... W powietrzu powialo przerazliwa zgroza. Maz wyraznie zbladl. - Rad...? - wyszeptal ochryple. Podnioslo mnie z fotela. - Nie wiem. Moze wybuchnie i zmiecie z powierzchni ziemi cala te chalupe albo co... Robi sie takie rzeczy, chlopi podpalaja cale wsie, odszkodowanie, tu jest polisa PZU, moze im chodzi o fikcyjna smierc... Maz odzyskal zdolnosc ruchu. Nie sluchajac dalej moich apokaliptycznych przypuszczen, runal na schody, omal nie wyrywajac drzwi z zawiasow. Rzucilam sie za nim. Wpadlismy do jego pokoju i zastyglismy oparci o biurko, patrzac na lezaca na nim paczke jak na straszliwego, jadowitego gada, chwilowo pograzonego w lekkiej drzemce. Po krotkiej chwili hipnotycznego transu, tknieci nagle ta sama mysla, rownoczesnie pochylilismy sie nad biurkiem, nasluchujac w napieciu. Nic nie bylo slychac, paczka lezala niejako w milczeniu, nie wydajac z siebie zadnych dzwiekow. - Bomba powinna cykac... - wyszeptalam niepewnie. - Ciezkie to jak cholera... - odmruknal maz. Czas jakis trwalismy w bezruchu, bez slowa, byc moze myslac, chociaz nie bylo to takie pewne. Sluszniej byloby mniemac, iz proces myslenia rowniez ulegl w nas zahamowaniu. - Co robimy? - spytalam wreszcie dramatycznym szeptem. - Trzeba sie zastanowic - odszepnal niespokojnie maz. - Chyba musimy to obejrzec... - Rozpakowac...? Kiwnal glowa, tepo wpatrzony w upiorny przedmiot, i dalej trwal w bezruchu. Anna gorzko usmiechna si. Gdy pami przywoywaa to dawne wspomnienie, zawsze ogarniao ja wraenie, i caa odlega przeszos w stosunku do ycia obecnego jest czyms nierealnym, jak gdyby zamknitym krgiem zdarze naleacych do innego zupenie czowieka. Nie znajdowaa adnej acznosci pomidzy soba a tamta maa dziewczynka sprzed kilkudziesiciu lat. Najchtniej te odpdzaa od siebie wspomnienia. Czemu wic teraz z tak czuym nieomal poddaniem pozwalaa zagarna si pynacym z daleka obrazom? Wtedy ya jeszcze matka. Wiele jednak godzin przebywaa poza domem. Pracowaa w krawieckim magazynie, miaa tam duo roboty. Czasem wyszedszy rano, wracaa pznym wieczorem. Nie byo na to adnej rady. Anna musiaa si podda. Czua si bezbronna i swiadomos zalenosci od spraw zawikanych w inny, daleki, a jej niedostpny swiat, ktry na cay dzie zabiera matk, nie pozwalaa szuka odpoczynku nawet w tych godzinach wczesnego przedpoudnia, ktre wypeniao ycie skrztne i pracowite, pene mudnej bieganiny pani Podhaliczowej, codziennie rozwijajace si w tym samym rytmie, nanizane wedug raz na zawsze ustalonego porzadku. Anna braa udzia w tych domowych obrzadkach. Pani Podhaliczowa lubia ja wciaga w krag swoich poczyna, lecz wszystko, co w ciagu przedpoudnia dokonywao si w malutkim, jak gniazdo osadzonym w kacie oficyny mieszkaniu, nie mogo wyrwa z serca draniacego niepokoju. Ju budzac si, zanim przeya bolesna chwil rozstania z matka, myslaa pena lku o wieczornych chwilach oczekiwania jej powrotu. Najgorsze byy czasy zim. Budzia si w nieprzyjaznych ciemnosciach, nieraz jeszcze w srodku nocy, ale poniewa nie znaa godziny zawieszonej w odlegym kacie pomidzy monotonnym tykaniem zegara, baa si usna, aby nie przeoczy chwili, w ktrej matka wstanie, po cichu ubierze si i nie jedzac najczsciej sniadania odejdzie. Z czasem nauczya si rozpoznawa godziny po odgosach. Ale i wwczas walczya z sennoscia, nie ufajac dzwikom, ktre jak ze duchy przynosiy z daleka nieubagane znaki. Wydawao si jej, e w tym swiecie tajemnych, porannych poczyna moe pewnego dnia ulec wszystko nagej zmianie i gdyby zawierzywszy wiadomemu porzadkowi zasna - matka odeszaby bez poegnania. Wolaa wic czuwa wobec niebezpieczestwa. Wolaa wybiega mu naprzeciw. A jednoczesnie czerpaa smutna rados z sodkiej bliskosci leacej obok matki. Wsuchiwaa si pilnie w jej cichy, rwny oddech, wiedzac, e w pewnej chwili, jego ciepo, majace cos z mikkosci nagrzanej socem trawy, przybliy si i zmieni w goracy pocaunek. Jake pragna i baa si tej chwili! Wiedziaa, e minuta ufnego wtulenia w ramiona matki musi szybko pierzchna, jakby bicie serca, ktre czua przy swoim sercu, niecierpliwie znaczac uciekajacy czas, przynaglao do pospiechu; wiedziaa rwnie, e potem na ksztat rozlegej i ogromnie smutnej rwniny, ogladanej kiedys z okna pociagu, otworzy si szeroki bieg tsknych godzin, ciko jak blady dzie wyonionych z mroku i powoli, znw w gab tym razem ju mroku wieczornego zdaajacych. Ale nawet pami cierpkiego smaku godzin, wsrd ktrych miaa si tak dugo baka, nie tumia w niej pragnienia pocaunku: krtkiej chwili szczscia zawistnie sciganej przez koniecznos. To ranne powitanie, rwnoznaczne z poegnaniem, bo wszystko, co pzniej matka czynia, stawao si niepowrotnym odpywaniem radosci i spokoju, byo w ciagu dnia jedynym oparciem Anny. Bya to chwila, do ktrej uciekao si jak pod dach w czasie wiatru i soty. Jej waski krag promienia swiatem w ciemnosciach. Przypas do niego, zanurzy si w nim i zaczerpna stamtad oddechu, ktry gra potem w piersiach nieokreslona spiewna rzewnoscia - jakie to byo wytchnienie i ulga. I wtedy wczesny zmierzch zimowy, przedtem grozny, teraz sta si askawym sprzymierzecem. Anna nauczya si tysiaca wybiegw, odkrya si przymilnych kamstw, byle tylko wyrwa si spod opieki pastwa Podhaliczw, opusci ich jasny pokj i umkna do swego, gdzie w mroku szybko gstniejacym moga wrci do chwili narodzonej w podobnym cieniu. Kiedy wraz z zieleniejacymi na podwrzu kasztanami przyszy dugie dnie, odkrya, e powrt do maej porannej chwili osiagna mona sztucznie: zamknawszy oczy. Potrzebowaa do tego tylko samotnosci i ciszy. Podwrko byo spokojne, ludzie zaludniajacy oficyny bardzo dalecy w swoich mieszkaniach, niebo agodne. W czerwcu, gdy zmierzchy szerokimi tczami wyrastay w grze, w powietrzu unosi si zapach kwitnacych pomidzy kasztanami akacji, a pewien pan wygrywa na wiolonczeli melodie, ktre jak waskie, faliste scieki prowadziy w gab nieznanych i tajemniczych krajw. Po dniu zgiekliwym, penym ludzi i gosw, Anna odpoczywaa. Umykaa z ramion czasu ptajacego strachem i niepokojem. Pod zamknitymi powiekami odnajdywaa wytchnienie, wsrd ktrego ju tylko na ksztat pogodnego strumienia przepywaa tsknota za matka. Niektre obrazy stale towarzyszyy tym rozmyslaniom. Zwaszcza jeden szczeglnie czsto wraca i jakby by pamiatka po tych dniach ze smiercia matki rozsypanych na proch, przetrwa jeszcze dugo potem, zawsze ten sam, zakwitajacy przez wiele lat niezmiennym urokiem. Najpierw by mrok, ale wystarczyo powieki silniej zacisna albo przykry je domi, aby z gbi, z samego srodka ciemnosci wypyna jasny punkt. Kiedys, wyjechawszy z matka za miasteczko, ujrzaa Anna na dnie gbokiej studni lekko koyszacy si na ciemnej wodzie kwiat kaczeca. Objta ramionami matki, leaa na chodnym ocembrowaniu i kiedy nagle zawoaa - gos jak kamie polecia w d i wydao si jej, e liscie zadray wsrd mikkich krgw, nasycajac je ywym ciepem. Po chwili cae dno byo zote. Tu z poczatku dziao si cos podobnego. Maa gwiazdka rozszerzaa si, wypieraa mrok, a gdy dla swego promiennego przepychu nie znajdowaa ju miejsca - rozstpowaa si jak woda nasycona swiatem i nagle zmacona ostrym podmuchem. Wtedy pomidzy zocistymi koami ukazyway si biae gobie... Od domu Nawrockiego dzielio Ann kilkadziesiat zaledwie krokw. Dopiero teraz spostrzega, e swiato nabrao silniejszego blasku: zawieszone nisko ponad ziemia, jak sup ognisty pono w ciemnosciach. Znowu zatrzymaa si. Tym razem uczynia to machinalnie, nie zdajac sobie sprawy dlaczego. Przecie chc, eby to wszystko prdko si skoczyo - myslaa. - Dlaczego wic zwlekam? Jednak nie ruszaa si. Staa nadsuchujac. Nagle wydao si jej, e ktos zblia si od strony ak. Wyraznie syszaa kroki. Przytuliwszy si do potu wstrzymaa oddech. Ale cho szybko zorientowaa si , e to krople mgy skapuja z drzew, przez dusza chwil jeszcze pozostawaa pod wraeniem bliskosci jakiegos czowieka. Czua owa bliskos caym ciaem, kadym wknem nerww i w pewnym momencie swiadomos ta nienasycona w swej zachannosci staa si tak straszliwa mczarnia, i w ostatnim zaledwie momencie zdaya zapanowa nad pragnieniem zawoania. Przygryza wargi. I dopiero, gdy bl doszed do jej swiadomosci, zdaa sobie spraw, e chciaa krzykna: Pawle! Zaczynam majaczy... - przemkno jej przez gow. Szybko zwrcia si w kierunku swiata. Ju nie wybieraa dogodniejszej drogi, sza byle prdzej, grzaskie boto chlupao pod nogami. Furtka bya otwarta. Dobiega monotonny stuk otwartego okna. Poza tym pustka. Zdziwia si, e Nawrocki nie wychodzi na spotkanie. Podwrko, o ile si moga zorientowa w ciemnosciach, byo niewielkie, w gbi szelesci ogrd. Kontury chaty, lekko podkreslone smuga swiata, rysoway si w mroku nieksztatnymi cieniami, w srodku czernia otwr sionki. Wszystko pootwierane - pomyslaa z zaniepokojeniem. Po chwili wahania wesza do srodka. W sionce panowaa zupena ciemnos. Tylko w jednym miejscu u samej podogi przeswitywa bardzo waski skrawek swiata. Podesza w tym kierunku i rkoma odnalaza drzwi. Zapukaa po cichu. Nikt nie odpowiedzia. Powtrzya wic, tylko gosniej. Wreszcie lekko pchna drzwi. Uchyliy si skrzypiac i przez waski otwr zobaczya najpierw biaa scian, potem ko okryte zgniecionym pledem. Musia wyjs gdzies - pomyslaa. Zastanowia si, czy ma wejs do srodka, czy te tutaj zaczeka. Skusio ja wreszcie ciepo idace z pokoju. Przemarza na wietrze i monos rozgrzania si bya zbyt pociagajaca, aby si jej opiera. smiaym ju ruchem otworzya drzwi. W tej chwili Seweryn usysza jej stumiony okrzyk. Cofna si za prg, rce wyciagnawszy przed siebie, jakby chciaa osoni si przed niespodziewanym widokiem. Przeciag zawirowa w pokoju. Machinalnie zamkna drzwi i dopiero gdy znalaza si w ciemnosciach, ogarna ja strach. Po omacku przesza przez sionk i na oslep zacza biec. Ju w pobliu drogi natkna si na Litowk. Chwyci ja za rce

podlaskie.org.pl - Agencja Rozwoju Regionalnego Spółka Akcyjna w Łomży

Podlaskieorgpl Agencja Rozwoju Regionalnego w Łomży
Notice Undefined index HTTP_USER_AGENT in srvwwwplorgpodlaskiehttpincludesmambophp on line Warning Cannot modify header information headers already sent by output started at srvwwwplorgpodlaskiehttpincludesmambophp in srvwwwplorgpodlaskiehttpindexphp on line Warning Cannot modify header information headers already sent by output started at srvwwwplorgpodlaskiehttpincludesmambo

Tagi: line /srv/www/pl/org/podlaskie/http/includes/mambophp information headers header

AP-Meble


Tagi: untitled document headertpl {include file=