Ciekawe miejsca w sieci Nie potrzebowa³ dalej mówiæ. Domysli³a siê ca³ej historii. Jasne teraz by³o, skad znalaz³y siê pieniadze na ten dom, sklep i ziemiê. Ale có¿? Nie by³o to ¿adna niespodzianka. Zdziwi³a siê tylko, ¿e ja niczym ta wiadomosæ nie poruszy³a. W³asciwie powinna by siê cieszyæ strachem i niepewnoscia Litowki. Nie czu³a jednak niczego, co by choæ za u³amek radosci mog³o uchodziæ. By³a znu¿ona, to wszystko. Znu¿ona zmêczeniem fizycznym, zwierzêcym, wyprutym z jakichkolwiek uczuæ, chêci, po¿adañ. Ostatnio coraz czêsciej wpada³a w taki nastrój. Nie chcia³a go. Ale nie chcia³a wówczas tylko, gdy by³ poza nia. W nim nie istnia³o tak lub nie. Czasem, gdy budzi³a siê w srodku nocy przy boku przygodnego kochanka, ogarnia³o ja przera¿enie, tak nagle jasnym siê dla niej stawa³o, i¿ w chwili zdawa³oby siê wykluczajacej samotnosæ by³a w rzeczywistosci nie do wyra¿enia samotna. Samotna samotnoscia najokrutniejsza, która ka¿dy cz³owiek musi raz prze¿yæ, choæby to mia³o na niego spasæ dopiero w godzinie smierci. „Ale czy¿ istnieje w ¿yciu cz³owieka cokolwiek niezwyk³ego - mysla³a nieraz - co by jednoczesnie nie zbli¿a³o ku smierci? Przy pewnym natê¿eniu uczuæ, lub przy zamieraniu ich zbyt bezwzglêdnym, zawsze smieræ zaglada nam w oczy”. Przemknê³o jej przez g³owê szybkie wspomnienie: przed bardzo wielu latami prze¿y³a to odkrycie po raz pierwszy. Nie zda¿y³a cofnaæ siê. Zanim zda³a sobie sprawê z czasu i z miejsca tej chwili, ujrza³a mroczny korytarz, którym bieg³a na dzwiêk dzwonka, drzwi otwierane, nag³e rozwidnienie siê, a na schodach w pe³nym swietle padajacym z okna na pó³piêtrze postaæ m³odego legionisty. Jednoczesnie przypomnia³a sobie, ¿e w kilka tygodni pózniej mówi³a patrzac w oczy Paw³a Siechenia: „Kiedy zobaczy³am ciê wtedy po raz pierwszy, sta³o siê ze mna cos, czego jeszcze nigdy nie prze¿y³am. Zanim spyta³es siê, czy tu mieszkaja pañstwo Podhaliczowie, patrzy³es na mnie chwilê, pamiêtasz? To trwa³o bardzo krótko, ale mnie siê wyda³o nieskoñczenie d³ugo. Nie zda¿y³am nawet dobrze ci siê przyjrzeæ. Spostrzeg³am tylko, ¿e jestes bardzo blady i masz smutne oczy. Tylko tyle. Ale w ciagu tej sekundy, zanim us³ysza³am twój g³os, wyda³o mi siê, ¿e umieram. Nie, nie! - zaprzeczy³a szybko widzac pytanie w jego spojrzeniu. - To nie by³o bolesne uczucie. Radosne te¿ nie... - doda³a po chwili. - Tego w ogóle nie da siê nazwaæ”. I jeszcze raz tamtego dnia prze¿y³a owo uczucie zamierania, gdy zdaje siê, ¿e dawne ¿ycie uciek³o, a nowe nie zda¿y³o jeszcze nadejsæ. By³o to wieczorem, na chwilê przed zasniêciem. Z krótkiej rozmowy wiele dowiedzia³a siê o nowym lokatorze swoich opiekunów. Przydzielono mu u nich kwaterê. By³ porucznikiem drugiej brygady. Niedawno, podczas walk w Karpatach, zosta³ ciê¿ko ranny, otrzyma³ postrza³ w lewe p³uco. W³asnie wczoraj opusci³ szpital, lecz do ca³kowitego wyzdrowienia by³o mu jeszcze daleko, nie wiedzia³ nawet, kiedy bêdzie móg³ wróciæ na front... Gdy le¿a³a w ciemnosciach z zamkniêtymi oczami, s³ysza³a za sciana kroki porucznika. Nagle ucich³y. I wtedy, ale jakby we snie i dlatego silniej jeszcze, prze¿y³a uczucie podobne do tego, które ja przeniknê³o w po³udnie stojaca w otwartych drzwiach. Majac oczy pe³ne tych wspomnieñ, nie czu³a, ¿e od kilku minut Litowka na nia patrzy. Z poczatku, chcac sprawdziæ wra¿enie swoich s³ów, rzuci³ na Annê wzrok krótki i podejrzliwy. Ale gdy nie zauwa¿y³ w zarysie jej lekko pochylonej postaci ¿adnej gwa³towniejszej zmiany, uspokoi³ siê. „Uwierzy³a” - przemknê³o mu przez g³owê. Tym lepiej. Jesli na starosæ zaczyna³a podobnie g³upieæ, dlaczego nie mia³by dalej mówiæ? Korci³o go, aby podzieliæ siê z Anna swymi obawami w zwiazku z osoba Nawrockiego. Co znaczy³ jego smiech? A te pytania tak lekko, niewinnie na pozór, bez ¿adnej zdawa³oby siê ukrytej intencji rzucane? A to „musi pan milczeæ?” Nie, to niemo¿liwe - wyda³o siê Litowce - aby Nawrocki móg³ siê czegokolwiek domyslaæ. Skad? Jakim sposobem móg³by wpasæ na trop tych starych, przebrzmia³ych historii? Udawa³, ¿e wie, o tak! to co innego, udawanie i wygrywanie na tym to sta³a policyjna metoda. Zaplataæ upatrzona ofiarê w sieæ pytañ, domyslników, niespodziewanych skojarzeñ, aby pózniej w odpowiedniej chwili jednym rzutem zacisnaæ pêtlê. „Ale to nie ze mna! - usmiechna³ siê do nieobecnego wroga - ze mna nie pójdzie tak ³atwo. Jeszcze nie zna mnie”. W tej samej jednak chwili zda³ sobie sprawê, ¿e jesli jest ju¿ mowa o walce pomiêdzy nim a Nawrockim, to przecie¿ pierwsze w niej kroki przynios³y niewatpliwy triumf posterunkowemu. To on przez ca³y czas górowa³ spokojem, on umkna³ w porê z dosæ sliskiego dla siebie terenu, jemu uda³o siê z kolei uchwyciæ inicjatywê w swoje rêce i najzaczepniejsze wypady przemyciæ pod maska niefrasobliwego i przyjaznego usmiechu. Wspomniawszy swoje zachowanie, zw³aszcza chwilê, w której tak nieopatrznie pozwoli³ sobie wyskoczyæ ze skóry, Litowka znowu siê zaniepokoi³. Zrozumia³, ¿e dopóki jakims umiejêtnym posuniêciem nie zaskoczy z kolei Nawrockiego, dopóty ta pierwsza pora¿ka ze zjadliwa natarczywoscia wciskaæ siê bêdzie w ka¿da rozmowê z posterunkowym, w ka¿da mysl o nim. Zawsze bêdzie ju¿ strona skazana na bronienie siê, wymykanie i kluczenie. A czy¿ nie tego chcia³ Nawrocki? Czy nie têdy wiedzie droga do ostatecznego zaplatania siê i uwik³ania? Bezsilny gniew chwyci³ Litowkê. Och, gdyby móg³ przychwyciæ tego szczeniaka, gagatka z ³adna buzia i delikatnymi ³apkami, wziaæ go w swoje obroty i rozprawiæ siê po swojemu, raz na zawsze. Ba! tylko jak siê do tego zabraæ? W du¿ym miescie wiedzia³by, co robiæ. Tam wystarczy³aby nocna godzina, pusta ulica. Ale tu, gdzie wszystkie zdarzenia wyp³ywaja na wierzch jak wzdête trupy wyparte wirami z dna rzeki? Zamysli³ siê. A mo¿e... taka noc jak dzisiaj, wiatr... mo¿e Anna? Uderzony niespodziewanym pomys³em, spojrza³ na nia. Siedzia³a przed lustrem ciagle odwrócona plecami, w taki jednak sposób przechyli³a g³owê, i¿ nie ruszajac siê móg³ ze swego miejsca dojrzeæ profil. Wyraznie rysowa³ siê na tle rozstawionego pod sciana parawanu, tylko swiat³o lampy padajac z boku poszerza³o cokolwiek liniê policzka. Dziêki temu na pierwszy rzut oka twarz Anny wydawa³a siê obrzêkniêta. Litowce zamar³y s³owa, które mia³ na koñcu jêzyka. Uczu³ w sposób nieokreslony, ¿e powinien natychmiast odwróciæ g³owê. Jednak nie móg³ oderwaæ oczu od siedzacej. Mia³ wra¿enie, ¿e ulega niezrozumia³emu nakazowi, równie ohydnemu i przera¿ajacemu, jak obraz, który go natarczywie pociaga³. Musia³ patrzyæ. Twarz Anny, nienaturalnie nabrzmia³a i blada, robi³a wra¿enie umar³ej. A przecie¿ ¿y³a. ¯y³a w bezsilnym opadniêciu dolnej wargi, w oku jakby oslep³ym, w têpym skurczu miêsni, których napiêcie sparali¿owa³o Litowce oddech. Widzia³ w swoim ¿yciu wiele twarzy sciêtych nienawiscia, ale w ¿adna z nich nienawisæ nie wessa³a siê piêtnem tak szczególnym, jak w tê, która mia³ przed soba. Przed wielu laty na froncie zobaczy³ pewnego dnia ludzi zatrutych gazami. Noca rozswietlona dalekimi b³yskami, wsród z³owrogiej ciszy zbierano ich z pola. Na ziemi szarej, jakby przysypanej popio³em, wt³oczone w leje i wyrwy le¿a³y nieruchome, dziwacznie pokurczone cia³a o twarzach - gdy je oswietlono - straszliwie zmienionych, zsinia³ych, zastyg³ych w natê¿onym grymasie. Twarz Anny zdawa³a siê równie¿ ulec zatruciu. By³a w niej ta sama upiornosæ, co w tamtych ludziach z okopów: zamazanie granic pomiêdzy nienawiscia, strachem i cierpieniem, wzajemne przenikniêcie tych wszystkich uczuæ, milczacy osad, ch³ód. Ciszy w pokoju ¿aden szelest nie maci³. To tylko doko³a, góra i bokami, wiatr bi³ z niezmienna zaciek³oscia, gwa³towne i czarne przyp³ywy napiera³y na sciany. Jak ma³y i wat³y wyda³ siê nagle Litowce dom! Jeszcze jedno silniejsze uderzenie i niby okrêt zerwany z kotwicy zawiruje krucha ³upinka wsród sprzecznych pradów, aby na oslep zanurzyæ siê w burzliwy odmêt. Kto zatrzyma jego bieg? Wtem cos miêkkiego otar³o mu siê o nogi. To Makarek. Kopna³ go podra¿niony Kiedy ockna³ siê z omdlenia i otworzy³ oczy, wyda³o mu siê, ¿e jest w wiêzieniu. Mia³ wra¿enie, ¿e le¿y na twardej pryczy, w ciasnej i niskiej celi, w g³êbi wyraznie zarysowa³o siê ma³e, okratowane okno. Nie zaniepokoi³ siê tym odkryciem. „Jest noc” - pomysla³ tylko. Nawet go to nie zainteresowa³o, w jaki siê tu sposób dosta³. Zamkna³ z powrotem powieki i tak le¿a³ d³u¿sza chwilê. Dopiero szum wiatru i g³osy uswiadomi³y mu pomy³kê. Od razu przypomnia³ sobie miniona godzinê, wszystko a¿ do ostatniego b³ysku przytomnosci. Có¿ za historia! Lêki, widziad³a, urojone rozmowy, goraczkowa maligna, stek chorobliwych bredni. Stwierdza³ to jednak obojêtnie, bez wzruszenia, jakby w tym wszystkim nie bra³ bezposredniego udzia³u, lecz pozostawa³ z daleka w roli widza. Czu³ siê zreszta teraz znacznie lepiej. Gdy usiad³, nie zakrêci³o mu siê w g³owie, mina³ równie¿ mêczacy bezw³ad cia³a, które chocia¿ dalekie od sprê¿ystosci, pozwala³o ju¿ przecie¿ soba kierowaæ. Pierwszych kilka ruchów wykona³ sztywno i niepewnie, jakby by³ manekinem. Jeszcze nie dowierza³. Ale gdy wyprostowa³ siê i stana³ na nogach, wstapi³a w niego otucha. Nie bez z³osliwej uciechy pomysla³ o policjantach, których tak zrêcznie umia³ pozostawiæ poza soba. Wróci³a mu i sprawnosæ myslenia. Orientujac siê wed³ug przebytej drogi, móg³ przypusciæ, i¿ wed³ug wszelkiego prawdopodobieñstwa znajdowa³ siê gdzies w okolicy Wo³kowyska. Przedostania siê do miasta wola³ nie ryzykowaæ. Zaspokoiæ g³ód- to by³o obecnie najwa¿niejsze. Nie czekajac na swit, postanowi³ natychmiast, korzystajac z os³ony nocy, wyruszyæ na poszukiwanie jakiejs wsi. By³ pewny, ¿e instynkt go nie omyli i dobrze poprowadzi. Wygramoli³ siê z sza³asu i poszed³ w kierunku, w którym uczyni³ pierwszy krok. Przyzwyczajony do czêstego przebywania w ciemnosciach, szybko oswoi³ siê z terenem. Po zapachu mokrade³ domysli³ siê, ¿e idzie wzd³u¿ rzeki. Bór sosnowy w tym miejscu by³ wysoki i gêsty, lecz brak krzaków u³atwia³ posuwanie siê naprzód. Ju¿ po paru minutach Morawiec odró¿nia³ ciê¿kie i twardo mrok ¿³obiace cienie pni. Wymija³ je pewnie, o¿ywiony ruchem szed³ coraz szybciej, ostry wiatr siek³ go po twarzy, nie czu³ jednak ch³odu. By³o mu lekko, prawie radosnie. Wsród tego wewnêtrznego upojenia traci³ chwilami swiadomosæ, i¿ znajduje siê w lesie. Wysokie szumy ogromnymi wodospadami raz po raz sp³ywa³y na ziemiê, i oto, jakby zap³odnione tym o¿ywczym deszczem, wyrasta³y nagle pod nogami puszyste trawy, wolna przestrzeñ ³ak otwiera³a siê doko³a, wiatr nastraja³ cia³o pospiesznym i szerokim oddechem. Wyda³o siê Morawcowi, i¿ tylko patrzeæ, a gwa³towniejszy podmuch sp³ynie snopem swiat³a, rozewrze w górze ciemnosci i wielkie niebo nocy wstanie wysoko, pe³ne gwiazd wirujacych bezszelestnie: obszar bezkresny, pod którego bezpieczna os³ona uspiona noc wolno toczy swoje pola, miasta, lasy i rzeki. Kilka razy zawadza³ o wystajace korzenie, traci³ równowagê, lecz machinalnie wyprostowywa³ siê i szed³ dalej nie zauwa¿ajac nawet potkniêæ. Coraz wyrazniej zdawa³ sobie sprawê, ¿e musi siê spieszyæ i ani na chwilê nie wolno mu zatrzymaæ siê i odpoczaæ. Mia³ niejasna, lecz uporczywa pewnosæ, ¿e gdyby teraz przystana³ - natychmiast wszystko by siê odmieni³o. Znajdowa³ siê w stanie podobnym do marzenia pó³sennego, kiedy prze¿ywa siê powiewne obrazy pe³ne napiêcia nerwów, lecz wie siê jednoczesnie, i¿ obok, jakby o krok, stoi i czeka inna rzeczywistosæ i tylko nieznaczny ruch wystarczy nieuwa¿nie w jej kierunku uczyniæ, aby jak wirom rzeki pozwoliæ siê jej wciagnaæ. Pocza³ go ogarniaæ niepokój. By³o mu coraz gorêcej, palto zapiête pod szyjê utrudnia³o oddech. Rozpia³ je wiêc, odwina³ szalik, czapkê zsuna³ z czo³a. Nagle poczu³, ¿e grunt pod nogami staje siê miêkki. Zrobi³ jeszcze kilka kroków: ziemia wyraznie ugina³a siê. „Bagna!” - przemknê³o mu przez g³owê. Skrêci³ raptownie w bok, rzuci³ siê ca³ym cia³em, ale ledwie dotkna³ nogami ziemi, uswiadomi³ sobie, i¿ szybko zapada siê w grzaskie mokrad³o. Instynktownie wyciagna³ przed siebie ramiona. Nie znalaz³ ¿adnego oparcia, powietrze wymknê³o mu siê z d³oni jak osliz³a ryba, szarpna³ siê, chcia³ siê podzwignaæ, uwolniæ nogi oblepione ju¿ po kolana gêsta mazia. Gdy wyprê¿y³ a¿ do bólu musku³y pleców i ju¿ siê zamierza³ poderwaæ do rozpaczliwego skoku, zawirowa³o mu w g³owie, a w górze wysoko ponad soba, jakby w przelocie, ujrza³ czarne, ³opoczace skrzyd³a sosen. Jednoczesnie md³y odór bagniska uderzy³ go w nozdrza, pod palcami poczu³ lepka wilgoæ. Krzykna³. Ju¿ siê nie zastanawia³ nad celowoscia ruchów. Jak zwierzê osaczone w lesnym ostêpie szamota³ siê slepo, bi³ rêkoma przed siebie. Grzêzna³ przecie¿ w mokrad³o coraz g³êbiej. Ju¿ do pasa siê zanurzy³ i ciagle jeszcze nie czu³ pod stopami oparcia: przepasæ rozwiera³a siê powoli, wch³ania³a szarpiace siê cia³o bezszelestnie. Chcia³ jeszcze raz krzyknaæ, wo³aæ pomocy. Ale strach i obrzydzenie zd³awi³y mu gard³o. Us³ysza³ jedynie st³umione rzê¿enie, nieporadny, chrapliwy be³kot cz³owieka, który dusi siê. „Koniec” - pomysla³. Nie czu³ ¿alu, ¿e umiera. Ogarnê³a go tylko zaciek³a nienawisæ do podobnego koñca, do smierci tak przypadkowej, bezsilnej i wstrêtnej. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e przytomnosæ nie opusci go do ostatniej chwili. Bêdzie dzia³a³ nawet wówczas, gdy b³oto zacznie mu siê wdzieraæ do ust, zalewaæ uszy, potem nos, wreszcie oczy. Wzdrygna³ siê. Znów usuna³ siê g³êbiej. Woñ zgnilizny, ciê¿ka i duszna, przyprawia³a go o md³osci. By³a cisza. Wiatr zatrzyma³ siê gdzies ponad lasem. Tylko rozbudzone bagno dawa³o o sobie znaæ g³uchym bulgotem. W pobli¿u, mo¿e z odleg³osci kilkudziesiêciu kroków, krzykna³ jakis ptak. Natychmiast drugi odpowiedzia³ z daleka. Dzikie kaczki. Morawiec nie rusza³ siê. Odzyska³ równowagê, sta³ wyprostowany, z d³oñmi lekko wzniesionymi. By³o doko³a tak ciemno, i¿ wzrok na pró¿no szuka³ jakiegokolwiek punktu oparcia. Có¿? Zanim godzina przedswitu rozjasni mrok, bêdzie ju¿ po wszystkim. Nikt nawet nie domysli siê, co siê tu wydarzy³o pewnej nocy. Za kilka tygodni mrozy zetna mokrad³a, spadnie snieg... Pomysla³, ¿e najlepiej uczyni przyspieszajac koniec. Im prêdzej, tym lepiej. Przechyli³ siê wiêc, ale zanim wykona³ zamierzony ruch, wyda³o mu siê, ¿e nogami opar³ siê wreszcie o pewny grunt. By³o jednak za pózno. Nie zdo³a³ ju¿ opanowaæ rozpêdu, który sam wywo³a³, gwa³towne szarpniêcie celem utrzymania równowagi spózni³o siê o u³amek sekundy i Morawiec zeslizna³ siê na bok. Upad³ na prawa stronê, d³awiacy ch³ód dosiêgna³ mu piersi, ogarna³ ramiê. Wtedy zacza³ krzyczeæ. Ksiadz Siecheñ us³ysza³ ju¿ pierwsze wo³anie Morawca. Dobieg³o go z daleka. Natychmiast zatrzyma³ siê. G³os przyszed³ od strony Zelwianki. Czy¿by ktos zab³adzi³? Proboszcz skrêci³ ze scie¿ki i zacza³ pospiesznie isæ na prze³aj lasem. Po gruncie opadajacym ku do³owi lekka pochy³oscia pozna³, ¿e rzeka musia³a przep³ywaæ niedaleko. Zwolni³ wiêc kroku, wiedzac, ¿e w tej czêsci lasu zdradzieckie bagna ciagnê³y siê na znacznej przestrzeni. Wiatr, wciskajacy pomiêdzy drzewa zgêszczony zapach wilgoci, wskazywa³ na bliskosæ mokrade³. Wo³anie nie powtórzy³o siê. Ksiadz Siecheñ przystawa³ kilka razy, nic jednak nie s³ysza³, by³a cisza, nawet szum sosen pop³yna³ góra st³umiony. Sadzac, ¿e uleg³ z³udzeniu, zamierza³ zawróciæ, gdy nagle w odleg³osci kilkudziesiêciu najwy¿ej kroków rozleg³ siê przejmujacy krzyk, g³os mê¿czyzny gwa³townie na pe³nym oddechu wyrzucony, wibrujacy przera¿eniem, wo³anie, które zrazu wyda³o siê krótkie, lecz zanim siê urwa³o, przesz³o w przeciag³y skowyt, rozdzierajacy, ob³akany ryk. Ksiadz Siecheñ zadr¿a³. Podobnie krzyczacych ludzi s³ysza³ w czasie wojny. Od razu zda³ sobie sprawê, ¿e musi komus groziæ niebezpieczeñstwo. - Kto tu? - zawo³a³. Posuna³ siê naprzód kilka kroków i poczu³, ¿e ziemia pod nogami zaczyna siê uginaæ. Teraz wszystko zrozumia³. Nie zastanawiajac siê, ¿e sam siê nara¿a na niebezpieczeñstwo, rzuci³ siê przed siebie w ciemnosæ. Grzazki grunt lekko siê rozstapi³ i proboszcz po kolana zapad³ siê w b³oto. Ale ju¿ przy sobie, zaledwie o parê metrów, s³ysza³ rzê¿enie cz³owieka, oddech przyspieszony, wcisniêty gdzies nisko, jak gdyby ze dna g³êbokiej przepasci wychodzacy. W tej chwili na nowo zerwa³ siê wiatr. Gwa³townym k³êbem runa³ z wysoka. Zafalowa³o powietrze. Ksiadz Siecheñ, wykrzykujac jakies s³owa krótkie i urywane, przechyli³ siê i nagle, gdy wyda³o mu siê, ¿e zapada siê w mroczna g³ab, uczu³ pod palcami zacisniêta d³oñ. Schwyci³ ja, ju¿ ramiona tamtego cz³owieka trzyma³ w swoich ramionach, przyciagna³ je, poderwa³, jakby dzwignaæ chcia³ ogromny g³az. Mysl proboszcza pracowa³a równo i spokojnie. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e od tej jednej minuty zale¿eæ bêdzie nie tylko ¿ycie tamtego cz³owieka, lecz i jego w³asne. Ta swiadomosæ doda³a mu si³. Czu³, ¿e si³a o jaka siebie nawet nie podejrzewa³, wstêpuje w niego i na wskros przenika. Z odleg³osci czasu nigdy nie zdo³a sobie przypomnieæ, w jaki sposób uda³o mu siê tego przypadkowo spotkanego mê¿czyznê uratowaæ. Pozostanie mu jedynie w wyobrazni ciemnosæ, a w niej okrutny ciê¿ar obcego cia³a, które przyciaga³ ku sobie kurczowym naprê¿eniem musku³ów. Mia³ wra¿enie w tej chwili, jak gdyby zwar³ siê z nieub³aganym wrogiem, jak gdyby od tego, czy zwyciê¿y, czy pozwoli siê pokonaæ, zale¿a³o nie tylko ¿ycie, lecz cos o wiele wiêkszego. Z poczatku Morawiec by³ zbyt oszo³omiony zjawieniem siê nieoczekiwanego zbawcy, aby dopomóc jego wysi³kom. Gdy jednak uczu³, ¿e ciê¿ar bagna usuwa siê powoli z piersi, wyprê¿y³ siê instynktownie, mocniej przywar³ do obejmujacych go ramion. I tak przycisniêci do siebie, z³aczeni jednym oddechem i jednym dr¿eniem, walczyli zaciekle, w skupionym milczeniu. Ksiadz Siecheñ poczu³ wyraznie pod nogami grunt. Wpar³ siê w niego mocno. Odetchna³. Tamten za to w ostatniej chwili os³ab³. G³owa opad³a mu bezsilnie, ramiona zwiotcza³y. Proboszcz pociagna³ go za soba jeszcze kilka kroków. Znajdowali siê ju¿ w lesie. Ostro¿nie wiêc, jakby mia³ do czynienia z chorym dzieckiem, u³o¿y³ mê¿czyznê na suchej ziemi. Morawiec le¿a³ bez ruchu. Ogarnê³a go niemoc podobna tej, która nasz³a go przed godzina w sza³asie. Cia³o mia³ skostnia³e, oblepione b³otem, mimo to czu³ w sobie palace bolesne goraco. Szumia³o mu w g³owie. „Mam goraczkê” - pomysla³. Nagle wyda³o mu siê, ¿e cz³owiek, który go uratowa³, odszed³. Zaniepokojony, podzwigna³ g³owê. Ksiadz Siecheñ, us³yszawszy szmer, przyklêkna³. Morawiec uspokoi³ siê. Z powrotem opar³ g³owê o ziemiê

Viator - Studencki Klub Turystyczny - witamy!

Studencki Klub Turystyczny Viator Poznań Organizujemy wycieczki trekingi trampingi pomagamy zdobyć wizy do Rosji i Bialorusi

Tagi: wizy wycieczki trekingi studencki rosji