Ciekawe miejsca w sieci
Podobnie ustosunkowa³y siê do sedelnickiego proboszcza okoliczne dwory. Zbyt powa¿nie mówi³ o komunizmie, aby nie zostaæ posadzonym o wystêpne i skryte, a tak ze stanem duchownym nie licujace sympatie. Umacnia³ jeszcze ten sad swoimi wypowiedziami zarówno w kwestiach narodowosciowych, jak i w sprawie reformy rolnej. Ros³a wiêc przepasæ pomiêdzy nim a miejscowym ziemiañstwem. Dwory nie mog³y mu darowaæ, i¿ znajdowa³ ostre i bezwzglêdne s³owa, gdy przychodzi³o do rozmów o roli ziemiañstwa na kresach w dawnej Polsce niepodleg³ej i pózniej podczas zaborów. Przypominajac b³êdy przodków, dotkna³ ich potomków w najczulsze struny pró¿nosci. A jego wiara, ta równie¿ przemawia³a przeciw niemu. Uwa¿ano, ¿e zbyt wiele ¿ada, aby ¿adaæ szczerze. Zarzucano mu ciasny fanatyzm, ob³udê i nieznajomosæ natury cz³owieka. Dla tych ludzi wyros³ych w tradycyjnym przeswiadczeniu, i¿ s³u¿a obronie polskosci i katolicyzmu, Polska koñczy³a siê z granicami posiad³osci, a wiara zaczyna³a poza nimi. Wed³ug niepisanej umowy do s³ug Koscio³a nale¿a³o utrzymywaæ ten uk³ad, strzec go niby harmonii wy¿szego porzadku, zapewniajacej stowarzyszonym pokój ziemski i nagrodê niebieska.
Ksiadz Siecheñ maci³ równowagê wypracowana przez wieki. Jego Kosció³ rozsadza³ misterne spoid³a i wiazad³a, ³aczace dwór z plebania. Wyrasta³ na drodze ogromnym cieniem, k³adac ten posêpny znak niby s³owo ostrze¿enia. Odwrócono siê wiêc od niego. Jedna z rodzin, najznaczniejsza w powiecie, poczê³a nawet czyniæ starania w kurii biskupiej, aby niewygodnego proboszcza przeniesiono z Sedelnik. Zbyt jednak ¿ywa zachowano tam pamiêæ o mi³osci, jaka zmar³y niedawno biskup obdarza³ ksiêdza Siechenia, podówczas swego kapelana, aby dano pos³uch doradczym podszeptom.
Nowy biskup, cz³owiek du¿ej wiedzy i równej skromnosci, nie chcia³ nawet dyskutowaæ tej sprawy. Uwa¿a³, ¿e w przeciwnym wypadku zniewa¿y³by pamiêæ swego poprzednika, którego smieræ tak niezwyk³a i swiêta otoczy³a ju¿ legenda. I gdy jeden z proboszczów odwa¿y³ siê wypowiedzieæ w obecnosci biskupa kilka krytycznych uwag o ksiêdzu Siecheniu, spotka³ siê z tak ostrym upomnieniem, i¿ zrozumiano, ¿e ani teraz, ani w najbli¿szej przysz³osci nie podobna liczyæ na pomyslne przeprowadzenie zamierzonego planu. Stanowisko proboszcza sedelnickiego sta³o siê w ten sposób silniejsze ni¿ kiedykolwiek.
Lecz on sam nie czu³ ¿adnego triumfu. Nie takich pragna³ zwyciêstw. Gdy z listu jednego z kolegów seminaryjnych dowiedzia³ siê o owych nieudanych intrygach w kurii, zrozumia³, ¿e wszystkie jego zamiary stworzenia wspólnej akcji przepad³y ostatecznie. Nie potrzebowa³ ju¿ obawiaæ siê wyraznego bojkotu. Ale nienaganna poprawnosæ, z jaka zacza³ siê teraz spotykaæ, nios³a mu wiêksze jeszcze osamotnienie ni¿ wpierw jawna w pewnym okresie niechêæ. Jaka¿ ulga w podobnym opuszczeniu by³oby ufaæ, ¿e ten z³y czas dzwiga w sobie ciê¿ar próby rzuconej przez Boga! Ale czy¿ nie by³oby pycha doszukiwaæ siê w nêdzy i cierpieniu znaku wybrania? Jak¿e wierzyæ, ¿e Bóg ka¿e licznym b³adziæ, aby mnie od b³êdu ocaliæ? ¯e na oczy wielu rzuca cieñ, aby moim daæ czujnosæ? A sercom odbiera oddech, ¿eby moje nape³niæ rytmem?
Po raz pierwszy zwatpi³ wówczas ksiadz Siecheñ o s³usznosci obranej drogi. Czy nie omyli³ siê przyjmujac swiêcenia? Czy nie wzia³ ciê¿aru ponad swoje si³y? Zaczê³a w tych dniach kie³kowaæ w nim nowa mysl: klasztor. Mo¿e ta cisza i spokój pomiêdzy murami odgradzajacymi od swiata mia³y byæ jego przeznaczeniem? Nie praca wsród ludzi, lecz ucieczka od nich?
Nie znajdowa³ jednak w sobie decyzji, która pozwoli³aby mu zrezygnowaæ ze wzruszeñ, jakie prze¿ywa³, gdy wyszed³szy w jesienny wieczór przed dom s³ysza³ wsród mg³y kryjacej ³aki krzyk dzikich kaczek lub kiedy w letnie po³udnie powietrze lekko dr¿a³o od brzêku kos. Ziemiê pod stopami, niebo nad g³owa - oto co musia³by porzuciæ. Wyrzec siê podmuchu przedwiosennego, czasu, gdy powietrze wch³aniajac s³odycz zakwitania jest tak lekkie i powiewne, jakby ca³e z zielonej przêdzy by³o utkane, odejsæ od nocy, z których jedne rzucaja trwogê, lecz inne moga ³askawie otworzyæ swoja g³êbiê slac dreszcz uspokojenia, nie, jak¿e odrzuciæ dobrowolnie to wszystko!
Przecie¿ jednego dnia drêczony watpliwosciami szczególnie bolesnie, czujac, ¿e na d³u¿sza walkê nie starczy mu si³, zdecydowa³ siê ksiadz Siecheñ z³o¿yæ prosbê o zwolnienie z dotychczasowych obowiazków. W ostatniej dopiero chwili, ju¿ w drodze do pa³acu biskupiego, porzuci³ ten zamiar.
Przyjecha³ do miasta wczesnym rankiem, po nieprzespanej nocy. Ledwie ujrza³, jeszcze z okien wagonu, bia³a wie¿ê klasztoru jezuickiego, ile¿ wspomnieñ wskrzesi³o w jego pamiêci miasto, w którym wkrótce po opuszczeniu seminarium spêdzi³ ca³y rok przy boku biskupa £u¿añskiego. By³ to czas, którego ka¿da godzinê, b³ogos³awi³ wielki starzec. Jak nigdy przedtem i potem zrozumia³ wówczas ksiadz Siecheñ si³ê przymierza cz³owieka z Bogiem, przymierza, w którym wszystko, cokolwiek istnieje na swiecie, mia³o swoje w³asciwe miejsce, tworzac owa wspania³a i wieczna budowê, która, jak kosció³ gotycki ¿arliwa wiarê, ucielesnia³a s³owa Aposto³a o madrym architekcie.
Na ranna mszê zaszed³ proboszcz do katedry Nie potrzebowa³ dalej mówiæ. Domysli³a siê ca³ej historii. Jasne teraz by³o, skad znalaz³y siê pieniadze na ten dom, sklep i ziemiê. Ale có¿? Nie by³o to ¿adna niespodzianka. Zdziwi³a siê tylko, ¿e ja niczym ta wiadomosæ nie poruszy³a. W³asciwie powinna by siê cieszyæ strachem i niepewnoscia Litowki. Nie czu³a jednak niczego, co by choæ za u³amek radosci mog³o uchodziæ. By³a znu¿ona, to wszystko. Znu¿ona zmêczeniem fizycznym, zwierzêcym, wyprutym z jakichkolwiek uczuæ, chêci, po¿adañ.
Ostatnio coraz czêsciej wpada³a w taki nastrój. Nie chcia³a go. Ale nie chcia³a wówczas tylko, gdy by³ poza nia. W nim nie istnia³o tak lub nie. Czasem, gdy budzi³a siê w srodku nocy przy boku przygodnego kochanka, ogarnia³o ja przera¿enie, tak nagle jasnym siê dla niej stawa³o, i¿ w chwili zdawa³oby siê wykluczajacej samotnosæ by³a w rzeczywistosci nie do wyra¿enia samotna. Samotna samotnoscia najokrutniejsza, która ka¿dy cz³owiek musi raz prze¿yæ, choæby to mia³o na niego spasæ dopiero w godzinie smierci. „Ale czy¿ istnieje w ¿yciu cz³owieka cokolwiek niezwyk³ego - mysla³a nieraz - co by jednoczesnie nie zbli¿a³o ku smierci? Przy pewnym natê¿eniu uczuæ, lub przy zamieraniu ich zbyt bezwzglêdnym, zawsze smieræ zaglada nam w oczy”.
Przemknê³o jej przez g³owê szybkie wspomnienie: przed bardzo wielu latami prze¿y³a to odkrycie po raz pierwszy. Nie zda¿y³a cofnaæ siê. Zanim zda³a sobie sprawê z czasu i z miejsca tej chwili, ujrza³a mroczny korytarz, którym bieg³a na dzwiêk dzwonka, drzwi otwierane, nag³e rozwidnienie siê, a na schodach w pe³nym swietle padajacym z okna na pó³piêtrze postaæ m³odego legionisty. Jednoczesnie przypomnia³a sobie, ¿e w kilka tygodni pózniej mówi³a patrzac w oczy Paw³a Siechenia: „Kiedy zobaczy³am ciê wtedy po raz pierwszy, sta³o siê ze mna cos, czego jeszcze nigdy nie prze¿y³am. Zanim spyta³es siê, czy tu mieszkaja pañstwo Podhaliczowie, patrzy³es na mnie chwilê, pamiêtasz? To trwa³o bardzo krótko, ale mnie siê wyda³o nieskoñczenie d³ugo. Nie zda¿y³am nawet dobrze ci siê przyjrzeæ. Spostrzeg³am tylko, ¿e jestes bardzo blady i masz smutne oczy. Tylko tyle. Ale w ciagu tej sekundy, zanim us³ysza³am twój g³os, wyda³o mi siê, ¿e umieram. Nie, nie! - zaprzeczy³a szybko widzac pytanie w jego spojrzeniu. - To nie by³o bolesne uczucie. Radosne te¿ nie... - doda³a po chwili. - Tego w ogóle nie da siê nazwaæ”. I jeszcze raz tamtego dnia prze¿y³a owo uczucie zamierania, gdy zdaje siê, ¿e dawne ¿ycie uciek³o, a nowe nie zda¿y³o jeszcze nadejsæ. By³o to wieczorem, na chwilê przed zasniêciem. Z krótkiej rozmowy wiele dowiedzia³a siê o nowym lokatorze swoich opiekunów. Przydzielono mu u nich kwaterê. By³ porucznikiem drugiej brygady. Niedawno, podczas walk w Karpatach, zosta³ ciê¿ko ranny, otrzyma³ postrza³ w lewe p³uco. W³asnie wczoraj opusci³ szpital, lecz do ca³kowitego wyzdrowienia by³o mu jeszcze daleko, nie wiedzia³ nawet, kiedy bêdzie móg³ wróciæ na front... Gdy le¿a³a w ciemnosciach z zamkniêtymi oczami, s³ysza³a za sciana kroki porucznika. Nagle ucich³y. I wtedy, ale jakby we snie i dlatego silniej jeszcze, prze¿y³a uczucie podobne do tego, które ja przeniknê³o w po³udnie stojaca w otwartych drzwiach.
Majac oczy pe³ne tych wspomnieñ, nie czu³a, ¿e od kilku minut Litowka na nia patrzy. Z poczatku, chcac sprawdziæ wra¿enie swoich s³ów, rzuci³ na Annê wzrok krótki i podejrzliwy. Ale gdy nie zauwa¿y³ w zarysie jej lekko pochylonej postaci ¿adnej gwa³towniejszej zmiany, uspokoi³ siê. „Uwierzy³a” - przemknê³o mu przez g³owê. Tym lepiej. Jesli na starosæ zaczyna³a podobnie g³upieæ, dlaczego nie mia³by dalej mówiæ? Korci³o go, aby podzieliæ siê z Anna swymi obawami w zwiazku z osoba Nawrockiego. Co znaczy³ jego smiech? A te pytania tak lekko, niewinnie na pozór, bez ¿adnej zdawa³oby siê ukrytej intencji rzucane? A to „musi pan milczeæ?” Nie, to niemo¿liwe - wyda³o siê Litowce - aby Nawrocki móg³ siê czegokolwiek domyslaæ. Skad? Jakim sposobem móg³by wpasæ na trop tych starych, przebrzmia³ych historii? Udawa³, ¿e wie, o tak! to co innego, udawanie i wygrywanie na tym to sta³a policyjna metoda. Zaplataæ upatrzona ofiarê w sieæ pytañ, domyslników, niespodziewanych skojarzeñ, aby pózniej w odpowiedniej chwili jednym rzutem zacisnaæ pêtlê. „Ale to nie ze mna! - usmiechna³ siê do nieobecnego wroga - ze mna nie pójdzie tak ³atwo. Jeszcze nie zna mnie”. W tej samej jednak chwili zda³ sobie sprawê, ¿e jesli jest ju¿ mowa o walce pomiêdzy nim a Nawrockim, to przecie¿ pierwsze w niej kroki przynios³y niewatpliwy triumf posterunkowemu. To on przez ca³y czas górowa³ spokojem, on umkna³ w porê z dosæ sliskiego dla siebie terenu, jemu uda³o siê z kolei uchwyciæ inicjatywê w swoje rêce i najzaczepniejsze wypady przemyciæ pod maska niefrasobliwego i przyjaznego usmiechu. Wspomniawszy swoje zachowanie, zw³aszcza chwilê, w której tak nieopatrznie pozwoli³ sobie wyskoczyæ ze skóry, Litowka znowu siê zaniepokoi³.
Zrozumia³, ¿e dopóki jakims umiejêtnym posuniêciem nie zaskoczy z kolei Nawrockiego, dopóty ta pierwsza pora¿ka ze zjadliwa natarczywoscia wciskaæ siê bêdzie w ka¿da rozmowê z posterunkowym, w ka¿da mysl o nim. Zawsze bêdzie ju¿ strona skazana na bronienie siê, wymykanie i kluczenie. A czy¿ nie tego chcia³ Nawrocki? Czy nie têdy wiedzie droga do ostatecznego zaplatania siê i uwik³ania?
Bezsilny gniew chwyci³ Litowkê. Och, gdyby móg³ przychwyciæ tego szczeniaka, gagatka z ³adna buzia i delikatnymi ³apkami, wziaæ go w swoje obroty i rozprawiæ siê po swojemu, raz na zawsze. Ba! tylko jak siê do tego zabraæ? W du¿ym miescie wiedzia³by, co robiæ. Tam wystarczy³aby nocna godzina, pusta ulica. Ale tu, gdzie wszystkie zdarzenia wyp³ywaja na wierzch jak wzdête trupy wyparte wirami z dna rzeki? Zamysli³ siê. A mo¿e... taka noc jak dzisiaj, wiatr... mo¿e Anna? Uderzony niespodziewanym pomys³em, spojrza³ na nia.
Siedzia³a przed lustrem ciagle odwrócona plecami, w taki jednak sposób przechyli³a g³owê, i¿ nie ruszajac siê móg³ ze swego miejsca dojrzeæ profil. Wyraznie rysowa³ siê na tle rozstawionego pod sciana parawanu, tylko swiat³o lampy padajac z boku poszerza³o cokolwiek liniê policzka. Dziêki temu na pierwszy rzut oka twarz Anny wydawa³a siê obrzêkniêta.
Litowce zamar³y s³owa, które mia³ na koñcu jêzyka. Uczu³ w sposób nieokreslony, ¿e powinien natychmiast odwróciæ g³owê. Jednak nie móg³ oderwaæ oczu od siedzacej. Mia³ wra¿enie, ¿e ulega niezrozumia³emu nakazowi, równie ohydnemu i przera¿ajacemu, jak obraz, który go natarczywie pociaga³. Musia³ patrzyæ. Twarz Anny, nienaturalnie nabrzmia³a i blada, robi³a wra¿enie umar³ej. A przecie¿ ¿y³a. ¯y³a w bezsilnym opadniêciu dolnej wargi, w oku jakby oslep³ym, w têpym skurczu miêsni, których napiêcie sparali¿owa³o Litowce oddech. Widzia³ w swoim ¿yciu wiele twarzy sciêtych nienawiscia, ale w ¿adna z nich nienawisæ nie wessa³a siê piêtnem tak szczególnym, jak w tê, która mia³ przed soba. Przed wielu laty na froncie zobaczy³ pewnego dnia ludzi zatrutych gazami. Noca rozswietlona dalekimi b³yskami, wsród z³owrogiej ciszy zbierano ich z pola. Na ziemi szarej, jakby przysypanej popio³em, wt³oczone w leje i wyrwy le¿a³y nieruchome, dziwacznie pokurczone cia³a o twarzach - gdy je oswietlono - straszliwie zmienionych, zsinia³ych, zastyg³ych w natê¿onym grymasie. Twarz Anny zdawa³a siê równie¿ ulec zatruciu. By³a w niej ta sama upiornosæ, co w tamtych ludziach z okopów: zamazanie granic pomiêdzy nienawiscia, strachem i cierpieniem, wzajemne przenikniêcie tych wszystkich uczuæ, milczacy osad, ch³ód.
Ciszy w pokoju ¿aden szelest nie maci³. To tylko doko³a, góra i bokami, wiatr bi³ z niezmienna zaciek³oscia, gwa³towne i czarne przyp³ywy napiera³y na sciany. Jak ma³y i wat³y wyda³ siê nagle Litowce dom! Jeszcze jedno silniejsze uderzenie i niby okrêt zerwany z kotwicy zawiruje krucha ³upinka wsród sprzecznych pradów, aby na oslep zanurzyæ siê w burzliwy odmêt. Kto zatrzyma jego bieg?
Wtem cos miêkkiego otar³o mu siê o nogi. To Makarek. Kopna³ go podra¿niony